Maniak marudzi #5: Trajlery i tajmingi

MANIAK ZACZYNA


Zangielszczasz? Czytasz
na własną odpowiedzialność.
Na sam początek małe ostrzeżenie. Jeśli lubisz co rusz wtrącać do swych wypowiedzi randomowe English vocabulary (ironia, ironia), to lepiej nie czytaj dalej, bo tylko zszargasz sobie nerwy. No chyba, że chcesz się wyżyć w komentarzach - w takim wypadku droga wolna, byle nie wulgarnie (inaczej Twój komentarz zostanie usunięty, przykro mi). A może uda mi się przekonać Cię do mojego punktu widzenia?
Jeśli natomiast drażnią cię na siłę wciskane do naszego języka losowe angielskie słówka i ogólne zangielszczanie języka polskiego, to śmiało, brnij przez mój tekst (jakkolwiek wątpliwej jakości) - będę mieć się komu wyżalić. A przy okazji ucieszę się, że chociaż ktoś się ze mną zgadza.

MANIAK ROZWIJA MYŚL


Przyjemność nie jest trendi
Uwielbiam języki obce. W szkołach angielski i francuski były moimi ulubionymi przedmiotami, licencjat robiłem z japonistyki (i dzięki temu mogliście przeczytać pełen przekład oświadczenia Miyazakiego w czwartek, ale to tak nawiasem mówiąc), a swoją przyszłą karierę zawodową wiążę z tłumaczeniem. Jako ktoś, kto z językami jest za pan brat od właściwie kilkunastu dobrych lat, doskonale rozumiem, że to narzędzie komunikacji musi się wciąż rozwijać, by dostosować się do zmieniającej się z chwili na chwilę rzeczywistości. Taki postęp językowy rozumiem i jestem jego zwolennikiem, ale tylko do momentu w którym ustępuje on miejsca chodzeniu na łatwiznę i zastępowaniu słów już istniejących zamiennikami obcymi.
Że jaki język,
szanowne wiktionary?
Istnieje powód, dla którego mój blog nie nosi tytułu "Przemyślenia geeka" czy "Przemyślenia nerda", a właśnie "Przemyślenia maniaka". Powodem tym jest moja awersja do niepotrzebnego zangielszczania czy też szerzej: zalewu wyrazów obcego pochodzenia (tak, tak, macie mnie - maniak też nie jest naszym rodzimym słówkiem, a pochodzi od greckiej manii, tak długo jednak zakorzenionej w polszczyźnie, że niemalże naszej; w dodatku raczej niemającej rodzimego odpowiednika). Rozumiem posiłkowanie się anglicyzmami wtedy, kiedy rzeczywiście ciężko jest znaleźć sensowny odpowiednik (chociaż czasami lubię się wtedy zabawić językiem i spróbować wymyślić coś polsko brzmiącego), ale zupełnie nie potrafię zaakceptować, kiedy taki zabieg jest niepotrzebny. Krew mnie zalewa, gdy zamiast słowa zwiastun widzę na teoretycznie poważnych portalach internetowych trailer (koniecznie wymawiany: trajler, bo pożyczyć słowo to jedno, a umieć je przeczytać to drugie); w komentarzach sportowych słyszę tajming zamiast wyczucia czasu, gdy ktoś mówi: czerpię z tego niesamowity fun, bo przecież przyjemność to zbyt długi wyraz i kiedy coś jest randomowe, a nie losowe. Nie wiem, dlaczego dzisiaj nienawidzić czy lubić odchodzą do lamusa (fakt, że głównie w odpowiednich, internetowych kontekstach, ale to przecież niczego nie usprawiedliwia) i ustępują miejsca hejceniu i lajkowaniu oraz czemu ludzie już nie praktykują plażowania i leżenia, a plażing i leżing. A już w ogóle irytują mnie nieudolne kalki językowe, jak nowela graficzna zamiast powieść graficzna (angielskie novel to taki fałszywy przyjaciel i oznacza właśnie powieść, ale nie wszyscy o tym więdzą).
Najgorsze jest to, że taka moda jest bardzo zaraźliwa i często i mnie się udziela, choć staram się jak mogę, żeby nie wtrącać angielskich słówek tam, gdzie nie ma takiej potrzeby (złośliwi pewnie zaraz przeanalizują moje notki i wszystko mi wytkną; a ci, którzy mnie znają, zarzucą hipokryzję). 

MANIAK KOŃCZY


Zastanawiam się, do czego to wszystko dąży. Bo teoretycznie język powinien być ciągle wzbogacany, a tymczasem wypieranie rodzimych określeń mocno go zubaża. Czy niedługo przestaniemy mówić po polsku, a będziemy spikować in polglisz, bikoz polski jest so passé? Mam nadzieję, że nie i że język polski, który pielęgnowaliśmy przez tyle długich lat da radę oprzeć się tej angielskiej fali. Francuzi i Finowie potrafią, więc nie bądźmy od nich gorsi.